wtorek, 31 stycznia 2012

Islandia - największa tajmenica medialna XXI wieku...

Zdaję sobie sprawę z tego, że treścią tego wpisu odbiegam od charakteru swojego bloga, jednak poniższa historia jest tak niesamowita, że aż trudno w nią uwierzyć, a na pewno WARTO SIĘ Z NIĄ PODZIELIĆ!!!

"Islandczycy sprawili, że rząd, który aprobował pod dyktando światowej finansjery zubożyć islandzki naród zgodnie ze scenariuszem aktualnie "przerabianym" przez Grecję podał się w komplecie do dymisji! Główne banki w Islandii zostały znacjonalizowane i mieszkańcy zdecydowali jednogłośnie zadeklarować niewypłacalność długu, który został zaciągnięty przez prywatne banki w Wielkiej Brytanii i Holandii. Doprowadzono też do powołania Zgromadzenia Narodowego w celu ponownego spisania konstytucji. I to wszystko w pokojowy sposób. To prawdziwa rewolucja przeciw władzy, która doprowadziła Islandię do aktualnego załamania.

Na pewno zastanawiacie się, dlaczego te wydarzenia nie zostały szeroko nagłośnione?
Odpowiedź na to pytanie prowadzi do kolejnego pytania: Co by się stało, gdyby reszta europejskich narodów wzięła przykład z Islandii? Oto krótka chronologia faktów:
Wrzesień 2008 roku: nacjonalizacja najważniejszego banku w Islandii,Glitnir Banku, w wyniku czego giełd zawiesza swoje działanie i zostaje ogłoszone bankructwo kraju.
Styczeń 2009 roku: protesty mieszkańców przed parlamentem powodują dymisję premiera Geira Haarde oraz całego socjaldemokratycznego rządu,a następnie przedterminowe wybory. Sytuacja ekonomiczna wciąż jest zła i parlament przedstawia ustawę, która ma prywatnym długiem prywatnych banków (wobec brytyjskich i holenderskich banków) wynoszącym 3,5 miliarda euro obarczyć islandzkie rodziny na 15 lat ze stopą procentową 5,5 procent. W odpowiedzi na to następuje drugi etap pokojowej rewolucji.
Początek 2010 roku: mieszkańcy zajmują ponownie place i ulice, żądając ogłoszenia referendum w powyższej sprawie.
Luty 2010 roku: prezydent Olafur Grimsson wetuje proponowaną przez parlament ustawę i ogłasza ogólnonarodowe referendum, w którym 93 procent głosujących opowiada się za niespłacaniem tego długu. W międzyczasie rząd zarządził sądowe dochodzenia mające ustalić winnych doprowadzenia do zaistniałego kryzysu. Zostają wydane pierwsze nakazy aresztowania bankowców, którzy przezornie odpowiednio wcześniej uciekli z Islandii.

W tym kryzysowym momencie zostaje powołane zgromadzenie mające spisać nową konstytucję uwzględniającą nauki z dopiero co "przerobionej lekcji". W tym celu zostaje wybranych 25 obywateli wolnych od przynależności partyjnej spośród 522, którzy stawili się na głosowanie (kryterium wyboru tej "25%u2033 - poza nieposiadaniem żadnej książeczki partyjnej - była pełnoletniość oraz przedstawienie 30 podpisów popierających ich osób). Ta nowa rada konstytucyjna rozpoczęła w lutym pracę, która ma się zakończyć przedstawieniem i poddaniem pod głosowanie w najbliższych wyborach przygotowanej przez nią "Magna Carty".

Czy ktoś słyszał o tym wszystkim w europejskich środkach przekazu? Czy widzieliśmy, choćby jedno zdjęcie z tych wydarzeń w którymkolwiek programie telewizyjnym?
Oczywiście - NIE! W ten oto sposób Islandczycy dali lekcję bezpośredniej demokracji oraz niezależności narodowej i monetarnej całej Europie pokojowo sprzeciwiając się Systemowi. Minimum tego, co możemy zrobić, to mieć świadomość tego, co się stało, i uczynić z tego "legendę" przekazywaną z ust do ust. Póki co wciąż mamy możliwość obejścia manipulacji medialno informacyjnej służącej interesom ekonomicznym banków i wielkich ponadnarodowych korporacji. Nie straćmy tej szansy i informujmy o tym innych, aby w przyszłości móc podjąć podobne działania, jeśli zajdzie taka potrzeba."

źródło: http://www.forumowisko.pl/topic/188076-islandia-najwieksza-tajemnica-medialna-xxi-wieku/

czwartek, 22 grudnia 2011

Złoty pył

Był taki jeden człowiek bez nogi. Chodził po śmietnikach i wyciągał z nich najróżniejsze skarby. Dzieci z zaciekawieniem przyglądały się temu co robił z tym co znalazł, bo zawsze wyrzucone rzeczy okazywały się czymś niezwykłym. Z kawałka liny i opony zrobił huśtawkę, innym razem z zepsutego koła do roweru zrobił koło fortuny, a jeszcze innym razem z kilku kamyków i drewnianego kubeczka zrobił całkiem ciekawy instrument. Mężczyzna był naprawdę niezwykły: pomysłowy, ciepły, mimo swojego dziwnego "hobby" nie pamiętam by był jakoś wyjątkowo zaniedbany, choć na pewno nie wyglądał na elegancika. Wiadomo że był inżynierem, miał dwóch dorosłych synów i że lubiliśmy z nim spędzać czas, tylko tyle pamiętam. Zawsze kiedy się pojawiał towarzyszyła mu świąteczna aura. Nie pamiętam kiedy widziałam go po raz ostatni, nie pamiętam nawet jego imienia, ale z jakiegoś powodu przypomniałam sobie o nim właśnie teraz, gdy wraz z czymś de facto błahym co jednak straciłam na zawsze, nie potrafię się od jakiegoś czasu szczerze uśmiechnąć. Myśląc o nim w odniesieniu do własnych odczuć związanych z tą stratą moje rozżalenie miesza się ze wspomnieniem jego uśmiechu na twarzy. Jak on to robił? Prowadził życie włóczęgi, które teoretycznie każdy mógłby prowadzić, ale nie znam nikogo, kto potrafiłby się tym życiem tak szczerze cieszyć jak on. Był taki kojący, otwarty na ludzi, uwielbiał nas, dzieciaki i zawsze gdy się pojawiał miał dla nas tyle czasu ile go potrzebowaliśmy, a potem spokojnie szedł przed siebie, by za jakiś czas znowu zawitać na nasze podwórko. Posiadał mądrość życia, taki złoty pył, który można zdobyć tylko wówczas, gdy idzie się przez życie spokojnie, z wyciągniętymi przed siebie rękami, tak by mógł na nie spokojnie opadać. Dlatego kiedy się spieszymy, rzucamy w rozżaleniu i agresji, i upadamy złoty pył ulatnia się, a nasze ręce stają się niemalże puste. Możemy się nim dusić, odnosić wrażenie, że to już koniec, że wraz z pyłem ulotniła się większa część tego co dawało nam sens życia. Zmęczeni tym miotaniem przyjdzie czas by spojrzeć na nasze ręce, na których będą się mienić pozostałości złotego pyłu. Znowu nie ma w nich praktycznie nic... ale niech te kilka drobinek pomoże nam uświadomić, że podnosząc się, możemy jeszcze wyciągnąć swoje ręce przed siebie i  idąc na przód, mamy szansę ponownie wypełnić nasze życie czymś niezwykle wartościowym.

środa, 2 listopada 2011

Razu pewnego Artysta spotkał Polityka...

... Po krótkiej rozprawie o niczym mężczyźni doszli do wniosku, że w ogóle się nie rozumieją. Zmęczeni jałową rozmową postanowili ją zakończyć i rozejść się. Na odchodne Polityk zadał Artyście nurtujące go pytanie:
"Oboje jesteśmy tylko ludźmi, mimo szczerych starań każdy z nas popełnia błędy w swoich działaniach, ale czy nie uważasz, że ludzie koncentrują się głównie na twoich sukcesach, kiedy mnie bez przerwy wytykają błędy?"
Artysta uśmiechnął się do Polityka.
"Wiesz na czym polega różnica? Ja coś robię, więc kiedy uda mi się zainteresować ludzi efektami mojej pracy pytają: Kto to zrobił? Ty z kolei obiecujesz, że coś zrobisz, więc kiedy nie uda Ci się dotrzymać słowa ludzie pytają: Gdzie to jest?"
"Nie wydaje ci się, że ludzie powinni wziąć pod uwagę fakt, że czasami rodzą się nowe okoliczności, w obliczu których pewnych obietnic nie da się już spełnić?"
"Hmm" Pomyślał Artysta.
"A czy zapłaciłbyś mi za obraz, którego z powodu nowych okoliczności nie potrafiłbym namalować?".

poniedziałek, 10 października 2011

Ona

Kiedyś, w szkole podstawowej, śpiewałam na Dzień Matki piosenkę Violetty Villas - List do Matki. Jej słowa są tak piękne, choć wówczas odbierałam je tylko oczami wyobraźni. Należałam w końcu do tych szczęściar, które mają cudowną matkę przy sobie. Ponieważ piosenka jest niezwykle piękna i należy do jednej z ulubionych piosenek mojej mamy, a jej interpretacja w moim wydaniu przypadła wielu osobom do gustu, tym chętniej ją śpiewałam. Dałam więc mamie zaproszenie na koncert i aż do ostatniej chwili czekałam z niecierpliwością na moment, w którym zobaczę dumę i szczęście na jej twarzy podczas, gdy ja będę śpiewała specjalnie dla niej. Sala w szkole, na której odbywał się koncert była naprawdę niewielka, toteż zbędne było dodatkowe oświetlenie. Z miejsca, z którego śpiewałam widziałam całą widownię - wszystkie mamy... oprócz mojej.  Czy to było zdziwienie? Może i tak, w końcu mama zapewniała mnie, że będzie, jednak owo zdziwienie nie trwało długo, bo zostało zastąpione czymś znacznie silniejszym - beznadziejnie wielkim żalem. Przy słowach "Mamo, nie myśl, że się skarżę, żal mi tylko marzeń..." Coś mnie ścisnęło po raz pierwszy za gardło, dźwięk był czysty, ale wyraźnie przytłumiony. Jednak kiedy śpiewałam "Widzę znów nasz dom, ciebie mamo w nim.." z jakiegoś powodu ten smutek jaki w sobie miałam, tchnął w moje płuca taką siłę, że śpiewany refren zdawał się być wylanym przeze mnie rozgoryczeniem. Patrzyłam cały czas na miejsca siedzące mając nadzieję, że ją po prostu przeoczyłam, potem na drzwi, aż w końcu zrezygnowana kończyłam ze łzami w oczach "Mamo w sercu Cię kołyszę, list do Ciebie piszę, ciemny jak ta noc...".
Nie martwcie się: moja mama była cała i zdrowa, ani nie zapomniała o występie, a jedynie występ mojej siostry z okazji Dnia Matki przedłużył się i nie miała serca wychodzić stamtąd, mając nadzieję, że mimo spóźnienia zdąży zobaczyć tą "niespodziankę", którą dla niej miałam.
Wróćmy jednak do koncertu. Kiedy piosenka się skończyła, spojrzałam raz jeszcze na widownię, a jej - mojej mamy -naprawdę tam nie było... siedziały tam natomiast inne matki, które... płakały. Po koncercie kilka matek podeszło do mnie z podziękowaniami, a jedna z nich powiedziała mi: "Śpiewałaś to tak, że miałam wrażenie, że to moja własna tęsknota za mamą i tymi beztroskimi latami". Okazało się, że owa mama tak jak moja własna, nie była rodzoną Ślązaczką, ale tak jak większość matek moich kolegów i koleżanek przyjechała z mężem na Śląsk "za chlebem", żeby jej dzieciom żyło się lepiej. Naturalnie wówczas nie rozumiałam tej dziwnej tęsknoty, dopóki sama nie wyjechałam na kilka lat za granicę. To było tylko kilka lat, ale jak sobie pomyślę o momentach, w których rozdarta poważnie zastanawiałam się nad tym czy zostać czy wrócić, szarpiąc się między sercem a rozumem... no właśnie. Wtedy zrozumiałam jak wielka jest TA miłość i czym tak naprawdę jest patriotyzm, który ona tworzy: to uwielbienie do kilkudziesięciu metrów kwadratowych mieszkania, w którym gościsz przyjaciół mających z tobą tyle wspólnych wspomnień, niedzielne obiady z rodziną, miejsca złożone z tylu momentów i twarzy w nie wplecionych i te cudowne chwile, w których zdarzy Ci się poczuć raz jeszcze jak dziecko, bo bliska Ci osoba przytuli Cię tak samo czule jak robiła to lata temu. Chociaż to tylko słodko-gorzkie wydanie życia w wersji polskiej, to przecież właśnie tutaj bije serce mojej ojczyzny - serca moich bliskich i tak naprawdę tylko o to jest warto walczyć, choćby nawet z tymi, którzy po wygranych wyborach roszczą sobie prawo do twierdzenia, że jest inaczej, niejednokrotnie starając się przywłaszczyć sobie ten fundament człowieczeństwa.

środa, 21 września 2011

Jedenaste - pamiętaj, że jesteś człowiekiem.

Leonardo da Vinci - Człowiek witruwiański
Stereotypy są nieodłączną częścią naszego życia. Cokolwiek byśmy teraz o nich nie powiedzieli, jak bardzo staralibyśmy się im nie ulegać, będą stanowić jakąś część naszego postrzegania świata. Nie ma w tym nic złego, o ile nasze opiniowanie, nie zamyka się na przekonaniach powstałych z tych kilku epizodów, które miały miejsce w naszym życiu.
Podejrzewam, że niejeden z nas spotkał się z osobnikiem homo sapiens sapiens, który domagał się aby pamiętano o jego tytule zawodowym nawet w potocznej rozmowie. Hm... Studia, magistry, doktoraty i inne są jak najbardziej powodem do dumy, ale czy rzeczywiście określają nas jako ludzi? Czy świetność lekarza jest zależna od jego stopnia naukowego, czy dokonań, które przysporzyły mu dobrej sławy wśród pacjentów? Czy fakt, że ktoś z ludzkiego powodu jakim jest skłonność do popełniania błędów, pomyli profesora z doktorem naprawdę zasługuje na pogardliwe spojrzenie? Ta dziwna waga nadana tytułom, kolorom skóry, pochodzeniu, przekonaniom politycznym, religii i innym, niczym się ma do rzeczywistości, a wręcz potrafi ją niejednokrotnie przekłamać. Dowodem na to są chociażby ludzie, którzy mimo braku wspomnianych tytułów naukowych, zapisali się na kartach historii świata jako geniusze i tak dla przykładu: Tomasz Alva Edison, który zrezygnował ze szkoły po trzech miesiącach, po tym jak jego nauczyciel określił go jako przypadek beznadziejny i w obecności swojego ucznia powiedział wizytatorowi, że Edison jest tępy i nie ma najmniejszego sensu by nadal uczęszczał do szkoły. Edison nie skończył szkoły, a jego nazwisko zna niemal każdy, a czy ktoś jest w stanie podać nazwisko nauczyciela, który tak bezpardonowo obszedł się ze swoim uczniem, późniejszym wielkim odkrywcą? A przecież takich przykładów jest znacznie więcej: Albert Einstein, Enrico Caruso, Stefan Banach i wielu, wielu innych... Idźmy dalej.
Czy gdyby nie zacięta pewność z jaką hitlerowcy podważyli znaczenie Żydów , Polaków i Cyganów jako ludzi, musielibyśmy się wstydzić za błędy ludzkości na skalę wojen światowych? Wydaje mi się, że naszym problemem jest łatwizna z jaką wolimy bez zastanowienia kłaniać się ludziom w garniturach pomijając tych, którzy tylko ze względu na nasze jakże często mało obiektywne przekonania są zbyt zwykli, zbyt pospolici, lub po prostu beznadziejni.
Prawda jest taka, że prawdziwe sukcesy to efekty niebywałej siły, determinacji i odwagi w mierzeniu się z własnymi ograniczeniami. I nie chodzi tu oto aby bezgranicznie wierzyć we wszystko i wszystkich, warto jednak poświęcić trochę miejsca na kartach własnego życia na tak zwany margines błędu: zarówno własnego jak i cudzych. Bo możliwe, że tam gdzie pojawił się błąd, znajduje się także początek nowo odkrywanej prawdy...

sobota, 20 sierpnia 2011

Szacunek, czyli taka jedna wartościowa bezwartość.

Trudno będzie komukolwiek przypomnieć sobie kiedy po raz pierwszy usłyszał o szacunku, ale na pewno każdemu z nas dobrze są znane zdania takie jak: "ten człowiek jest godny szacunku", "szanujmy siebie nawzajem", "szanuj to", albo "zapomnij o szacunku".
W zależności od wychowania, tego jak żyjemy pojęcie szacunku jest niebywale różne i zmienia się z upływem lat. U mnożącej się rzeszy osób, z wiekiem inne wartości stają się znacznie bardziej pożądane jak choćby sława, modne zdrady a najczęściej "wszystkodajne" pieniądze. Przekuwają swoje ideały na pieniądze, którymi w końcu nie żądzą oni, a banki i giełdy. Coraz więcej jest wśród nas osób, które oprócz rzeczy są w stanie kupić ludzi. Coraz więcej jest wśród nas ludzi, których można kupić w chińsko śmiesznych cenach. I pewnie ten fakt nie ma większego znaczenia dla pana w czerwonym Lamborgini (który po latach satysfakcjonujących transakcji, podczas których zarobione pieniądze chował do kieszeni wraz z godnością), uśmiecha się na myśl o tych, których zostawił daleko za sobą. Patrzy z głową uniesioną w górę, aby widoku wspaniałości, których się dorobił nie zmącił mu obraz tych ludzi, których wbijał w ziemię podczas biegu po mamonę. "Po co nam szacunek?" - Zapytają ci, którzy patrzą w przyszłość przez pryzmat dzisiejszego dnia.
Otóż szacunek jest po to, żebyście pewnego dnia  nie zapytali swojego dziecka "Kto powiesił ten ohydny obraz z namalowanym gównem w przedpokoju?!" I żeby to dziecko nie mówiło potem  "Ten idiota z Alzheimerem znowu pomylił  lustro z obrazem".

środa, 27 lipca 2011

Zniszczenie Sodomy i Gomory

John Martin "Zniszczenie Sodomy i Gomory
Przypomniała mi się dzisiaj biblijna opowieść o zniszczeniu Sodomy i Gomory.
Bóg postanowił zniszczyć te miasta ze względu na okropności jakie miały tam miejsce. Abraham wtedy zapytał Boga: "Czy zamierzasz wygóbić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych, czy także zniszczysz to miasto i nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych pięćdziesięciu sprawiedliwych? (...)" Pan mu odpowiedział: "Jeśli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych przebaczę całemu miastu przez wzgląd na nich".Z dalszej części tej historii wiemy, że aniołowie zesłani do miasta nie znaleźli nawet dziesięciu sprawiedliwych, ale postanowili ocalić Lota wraz z jego rodziną za gościnę, której im udzielił i za to, że stanął w ich obronie przed mieszkańcami miasta. Aniołowie wyciągnęli go i jego rodzinę poza miasto, a Bóg kazał im uciekać, by ocalili życie. Wiadomym było, że zgodnie z Bożym planem Sodoma i Gomora miały ulec zniszczeniu. Kiedy Lot wraz z rodziną byli już bezpieczni w drodze do miasta Soar, Bóg spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia, a wówczas żona Lota wbrew Bożemu nakazowi obróciła się za siebie i zamieniła się w słup soli.
Słysząc tą historię po raz pierwszy, zastanawiałam się nad tym dlaczego Bóg tak surowo ukarał żonę Lota? Czyżby powiedzenie: ciekawość to pierwszy stopień do piekła miało tutaj jakieś odniesienie? Otóż nie.
Wydaje mi się, że ta metafora ma znacznie głębsze znaczenie. Popełniamy błędy, zachodzimy w głowę jak mogliśmy do nich dopuścić, jak mogliśmy kogoś skrzywdzić, albo pozwolić się skrzywdzić,dlaczego wybraliśmy tą drogę albo dlaczego nie wybraliśmy innego kierunku, zawodu, mieszkania? Dlaczego ktoś nas zdradził, oszukał, opuścił, umarł? Dlaczego doszło do tego nieszczęścia? Cały czas w naszym życiu pojawiają się rzeczy, z którymi zbyt trudno jest się nam pogodzić, rzeczy które potrafią wyniszczać nas psychicznie i fizycznie, i co gorsze: podświadomie pozwalamy sobie wierzyć, że skoro tak jest to tak musi być. Pozwalamy sobie tkwić w tym martwym punkcie, choć od dawna nie ma w nim już nic co można lub warto by było ocalić. Może nie po raz pierwszy zadajemy sobie pytanie: "Po co? Dlaczego to robię?". Aż w końcu nadchodzi ten moment, kiedy deszcz siarki i ognia niszczy to co i tak było już tylko siedliskiem zgnilizny przenosząc je w przeszłość. Chyba zawsze towarzyszy temu uczucie straty, niepewności czy lęku przed nieznanym, ale to jest właśnie moment, w którym trzeba iść naprzód i  broń Boże, nie oglądać się za siebie.
Ci, którzy łamią ten nakaz, skazują siebie na tkwienie w punkcie, gdzie zabiła ich własna tęsknota, tęsknota za czymś co i tak już nigdy nie należałoby do nich. Zadając sobie pytanie "A co by było gdyby?", odwracamy się i stoimy w miejscu, dokładnie, jak ten słup soli...
Życzę Wam siły i wiary na drodze, którą sobie obraliście i niech to będzie droga naprzód.