2Pac przeklinał kiedyś podczas wykładu w Malcolm X Grass Roots Movement w
Nowym Jorku, na początku lat 90-tych. Tuż obok niego siedziała jakaś
kobieta. W pewnym momencie nachyliła się do niego i powiedziała:
- Czy mógłby pan zmienić swój język? Pan nas obraża.
2Pac spojrzał na nią i odparł:
- Przykro mi, jeśli mój język panią obraża, ale nie może on obrazić pani
bardziej, niż świat, jaki pozostawiło mi po sobie pani pokolenie.*
Z wiekiem coraz częściej stykamy się rzeczywistością, w której napotykamy na coraz to nowsze wyzwania/możliwości jakie stawia przed nami kolejny dzień w jaki wkraczamy: nowa praca, rozwój osobisty, zakładamy rodziny decydujemy o zakupie nowego samochodu, kredycie na mieszkanie. W tym samym czasie ludzie wokół nas jak automatycznie aktualizujące się programy komputerowe zadają coraz częściej standardowe pytania: kiedy zaręczyny, kiedy ślub, kiedy dziecko? I tak chcąc dać samemu sobie odpowiedź na te pytania podejmujemy decyzje: zaręczamy się, bierzemy ślub i... decydujemy się na dziecko? Myśląc o ślubie mamy do czynienia z decyzją, którą podejmuje dwójka dorosłych ludzi, mniej lub bardziej świadomych tego na co się decyduje, bez względu na to na jakim poziomie jest ich świadomość: oboje podejmują tą decyzję i oboje są odpowiedzialni za jej konsekwencje, jednakże w przypadku podjęcia decyzji o wydaniu nowego potomka na świat, człowiek powinien być bardziej rozsądny niż optymistyczny, bo w tym momencie, konsekwencje tej decyzji będą ważyły się nad losem nie tylko jego, ale przede wszystkim tego nowego życia, które wyda na świat. Dlaczego o tym mówię?
Przeraża mnie beztroska ludzi, którzy za decydujący argument opowiadający się za poczęciem dziecka uznają: "wszyscy jakoś dają radę, więc dlaczego nie my/dlaczego nie ja?". Chciałabym przede wszystkim zaznaczyć, że moje obawy dotyczą w mniejszym stopniu kwestii finansowych, bo te są nie do przewidzenia, ale chodzi mi o osobiste spełnienie. Wydaje mi się niezwykle egoistyczne, gdy słyszę jak ktoś mówi: "Czuję taką potrzebę, po prostu chcę mieć dziecko! (Brzmi prawie tak radośnie jak: chcę lizaka!) Wiem, że będzie dobrze, czego więcej trzeba?". Zastanawia mnie czy ci ludzie myślą o tym czego to dziecko będzie chciało. Wiem, że można mieć miliony a nie dać potomstwu tego co pozwoli im cieszyć się darem jakim jest życie, ale jeżeli ktoś w trakcie planowania dziecka narzeka na własne, to jaką przyszłość widzi dla swojej pociechy?
Dziecko może mieć ktoś, kto jest usatysfakcjonowany z własnego życia, jakie by nie było w oczach innych. Ten, kto jasno jest w stanie określić rzeczy, które sprawiają że jego życie jest wartościowe, niech zaszczepia to w następnych pokoleniach, ale ten kto decyduje się na dziecko, bo: "nadszedł na to czas", wydaje mi się kimś bez skrupułów.
"Jest ciężko, ten kraj nie stwarza dla nas żadnych perspektyw, ale moje dziecko będzie miało lepiej". W szkole mówiono nam, że historii uczy się po to, by unikać błędów przeszłości, jak widać większość z nas z lubością się ich dopuszcza, tylko dlatego, że ze społecznego punktu widzenia są one w pełni akceptowalne. Bardziej potępia się tych, którzy świadomie odwlekają tą decyzję w czasie, ale czy ktoś zastanowił się nad tym dlaczego? Dlaczego tych, którzy mimo swojego dojrzałego wieku, świadomie nie decydują się na dziecko określa się mianem egoistów? Przecież nie skazują nikogo na gorsze życie, na życie którego sami nie chcieli by wieść, a przecież ci, którzy mają pretensję do rządu, że im nie pomaga rypią dzieci na potęgę. Żyje Ci się w tym kraju źle? Mnie też, ale różnica między Tobą a mną jest taka, że Ty chcesz, żeby w tym chorym systemie rodzili się kolejni LUDZIE, nie słodkie maskotki, ale LUDZIE, którzy tak jak Ty będą musieli mierzyć się z tym co uznajesz za absurdalne! Przygotuj się na dziecko zanim się na nie zdecydujesz: zmień system który Cię ogranicza, unieszczęśliwia, albo naucz się w nim żyć NAPRAWDĘ szczęśliwie, tak żeby i Twoje dziecko miało świadomość tego, że szczęście jest NAPRAWDĘ możliwe. Dlaczego potępiasz ludzi, którzy nie decydują się na dziecko dopóki sami nie uznają, że życie które mu dadzą będzie przede wszystkim piękne a nie tylko do przebrnięcia? Dlaczego określa się takich ludzi mianem egoistów, a tych którzy żebrzą na swoje głodne dzieciaczki biedakami? Biedni są Ci, którzy mimo swoich starań o szczęście padają ofiarami bezsilności, jaka wynika z systemu w jakim żyjemy, a egoistami są ci, którzy narzekając na ten system zamiast go zmienić, albo się w nim odnaleźć upychają w niego kolejne ofiary.
Dziecko - decyzja o jego poczęciu to przede wszystkim gotowość dedykowania komuś w pełni własnego życia, takiego jakim jest w momencie poczęcia, więc warto je polubić zanim je powielimy.
*źródło: http://www.cytaty.info/temat/poczatek-3.htm
niedziela, 6 maja 2012
czwartek, 3 maja 2012
Marzenia...
Pewnego razu chłopak o imieniu Systos idąc po polanie dostrzegł pasące się na niej konie. Mimo że tyle razy przychodził tu, po raz pierwszy widział to stado koni. Były różne: długonogie, tęgie, kare, siwe. Wśród nich dostrzegł klacz beztrosko biegającą pośród stada. Była śliczna, jej sierść błyszczała w promieniach słońca, oczy miała duże i bystre.Chłopak nigdy wcześniej nie widział tak pięknego konia. Przyglądając się jej nie zauważył mężczyzny, który podszedł do niego.
- Lubisz konie? - Zapytał.
- O tak, w mojej wiosce są one bardzo cenione.
- A co byś powiedział gdybym ci któregoś z nich podarował?
Chłopak spojrzał na mężczyzne z niedowierzaniem.
- Wybierz sobie któregokolwiek, a będzie twój, ale zastanów się nad wyborem.
Mimo że chłopak w milczeniu przyglądał się stadu, oboje wiedzieli że dokonał już wyboru.
- Zastanów się dobrze - Powtórzył mężczyzna. - Może Gaja - hucuł? Jest niewyagająca i silna, na pewno chętnie będzie pomagała ci w pracy w polu.
Ale chłopak nie chciał konia, który chętnie oddawałby się ciężkiej pracy, marzył o takim koniu, na którym mógłby galopować przez pola, cieszyć się każdą chwilą na jego grzbiecie.
- A może Argos. To duży koń, spokojny i silny. Przetrwa najsroższe zimy, będziesz miał z niego pożytek.
Ale Systos nie chciał wielkiego Argosa. Był tęgi i nijaki. W jego wsi pełno było takich Argosów, a on przecież mógł wybrać jakiego chciał konia.
- A ten... - Nieśmiało wskazał na bawiącą się nieopodal klacz.
- Aisha... Żywa, szybka, temperamentna. Czy jesteś pewien? To koń czystej krwi arabskiej, to bardzo piękna, ale także wymagająca rasa.
- Ach zawsze marzyłem o najszybszym i najpiękniejszym koniu!
Chłopakowi aż zabłyszczały z ekscytacji oczy kiedy Aisha podbiegła do niego, jakby rozumiała że to o niej mowa.
- Tak, chcę tego konia!
Mężczyzna nie zamierzał dłużej dyskutować z chłopakiem. Przywołał konia, który posłusznie stanął przed nim, nałożył mu prowizoryczny kantar i przekazał cienką linkę na któej była Aisha w ręce jej nowego właściciela. Systos dumnie wkroczył do miasta. Tak jak podejrzewał wszyscy z zazdrością przyglądali się jak prowadził na powrozku piękną klacz. Kiedy rodzice Systosa zobaczyli jakim prezentem został obdarowany ich syn, aż klasnęli w ręce.
- Cudownie mój drogi, za tego konia dostaniemy dużo pieniędzy!
- Nie sprzedam go! - Powiedział stanowczo chłopak.
- Mój drogi synu, nie stać nas na utrzymanie tego konia, do zaprzęgu się nie nadaje, aż żal by go było pędzić w pole a i zimy u nas srogie, za co mielibyśmy przystosować dla niego stajnie?
- Będę na nim ćwiczył, aż stanie się najlepszym koniem, będzie zdobywał nagrody i dużo pieniędzy.
- Będę na nim ćwiczył, aż stanie się najlepszym koniem, będzie zdobywał nagrody i dużo pieniędzy.
Rodzice z politowaniem spojrzeli na syna, ale wiedzieli że nie będą w stanie przemówić mu do rozsądku. Systos jak sobie założył tak starał się osiągnąć cel. Bardzo zaprzyjaźnił się z klaczą, codziennie wyprowadzał ją na najlepsze łąki, a ona szła za nim jak pies, gdziekolwiek tylko ją prowadził. Niestety na ćwiczenia potrzebował pieniędzy: odpowiednie siodło, ubranie. Systos postanowił znaleźć dodatkową pracę. Zmęczony Systos starał się ćwiczyć Aishe zawsze po pracy, ale wkrótce przekonał się, że nie jest w stanie poświęcić tym ćwiczeniom wystarczającą ilość czasu. Aisha wiernie czekała na niego, ale ćwiczenia stawały się coraz mniej intensywne i coraz krótsze. Pierwsze zawody niepowiodły się, ale Aisha wywarła na pewnym hodowcy ogromne wrażenie. Po przegranym wyścigu mężczyzna podszedł do Systosa z intratną ofertą.
- U mnie ten koń stanie się prawdziwym championem! Będzie miał wszystko czego potrzebuje, zadbam o nią jak o własne dziecko!
- Śmiesz sugerować, że źle o nią dbam?! - Wzburzył się Systos.
- Nie, ale nie umniejszając Twoim staraniom, znam się na arabach i nie stać cię na jego właściwe utrzymanie.
- To się jeszcze okaże! Z nią będę najlepszy, niepokonany!
Aż do zimy Aisha i Systos nie wygrali żadnej nagrody. Zimą Systos chcąc chronić swoją ukochaną klacz przed mrozem przychodził do niej codziennie z ciepłym kocem, dbał o nią jak tylko mógł, ale Aisha robiła się coraz bardziej nerwowa, czekając bezczynnie na Systosa w stajni. Przyszła wiosna i relacje między zmęczonym Systosem i smutną Aishą robiły się coraz bardziej zimne. Aisha zaczęła gryźć i robić się nieznośna. Pewnego dnia jakiś mężczyzna widząc się pasącą przed domem piękną Aishę zaoferował Systosowi dużą sumę pieniędzy, ale i tym razem chłopak uniesiony dumą odmówił. Aisha ze stęsknionym wzrokiem patrzyła jak mężczyzna odjeżdża na koniu podobnym do niej, ale posłusznie ruszyła za Systosem. Każde kolejne zawody do jakiej przychodziło jej stanąć stawały się coraz bardziej widoczną porażką... jej i Systosa. Stawała się coraz bardziej smutna i złośliwa, mimo to Systos odmawiał kolejnym zainteresowanym, sprzedaży swojej przepięknej klaczy.
- Wolę już żebyś pracowała ze mną w polu, ale nie wyobrażam sobie życia bez ciebie Aisho.
Systos zrezygnował z pracy by móc więcej czasu spędzić ze stęsknionym koniem. Postanowił, że wróci pomagać rodzicom w pracy na polu. Aisha posłusznie dała się zaprząść do płóga, wlekąc smutno kończyny po oranej ziemi. Zbliżała się zima, Aisha jadła coraz mniej mimo że praca była ciężka. Kiedy nadeszłe ciężkie mrozy osunęła się na ziemię. Systos zrozpaczony położył jej bezwładny łeb na swoich kolanach starając się znaleźć rozwiązanie z tej przykrej sytuacji. Byli wycieńczeni, zrezygnowani, bezsilni... Systos postanowił odszukać kupców, ale żaden z nich nie chciał już kupić zdychającego konia.
- Aisho... - Szeptał jej gdy gasła. - Tak wiele by zrobił by cię uratować...
Jakimś cudem do stajni w której siedział nad leżącym koniem Systos wszedł ten sam mężczyzna, który podarował mu niezwykle piękną klacz.
- Biedulka... - Powiedział widząc wychudzone zwierzę.
- Dlaczego? - Zapytał Systos patrząc mężczyźnie w oczy - Robiłem wszystko by była szczęśliwa, pracowałem ciężko, opiekowałem się nią bardziej niż ktokolwiek inny, dlaczego?
- Największe korony są najcięższe i niektóre głowy gną się pod nimi, zamiast dumnie je nosić.
- Czy chcesz powiedzieć, że skoro jestem biedakiem to nim zostanę i że to moje pragnienie ją teraz zabija?
- Chcę powiedzieć, że sam nie dasz rady. To nie hucuł, nie kucyk, to arab. Jeśli chcesz pomogę ci, ale Aisha wróci do mnie.
Mężczyzna znalazł dla Aishy odpowiednią stajnie i opiekę. Pomagał im w treningach, dzielił się wiedzą i doświadczeniem. Dzięki niemu Systos i Aisha zaczeli być niepokonani, swoimi zwycięstwami dzielili się z rodzicami Systosa, który ciągle u ich mieszkał by mieć czas na treningi, dzielili się także nimi ze starcem, który znał się na hodowli i na treningach i z tymi wszystkimi, którzy w nich inwestowali. Systos był wdzięczny za pomoc właściciela Aishy, przykro mu jednak było wspominając o trudnych początkach. Zrozumiał jednak, że wielkich rzeczy samemu nie można osiągnąć, żeby były wielkie trzeba się nimi dzielić.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Wolność
Słyszałam historię o mężczyźnie, który jechał z dwójką dzieci autobusem. Dzieci strasznie płakały irytując tym pozostałych pasażerów, szczególnie, że ojciec zdawał się kompletnie tego nie zauważać. W pewnej chwili zniecierpliwiona kobieta uprzejmie choć znacząco zwróciła mężczyźnie uwagę na jego niewłaściwe podejście do wychowania. Mężczyzna ocknął się z zamyślenia, pozwolił kobiecie dokończyć reprymendę po czym odrzekł:
- Proszę nam wybaczyć, ale właśnie wracamy ze szpitala, gdzie dzieci żegnały się z umierającą matką.
Kto miał rację? Kto miał prawo?
Każda część życia wynika z naszej ignorancji bądź konkretnego działania prowadząc do jednej z dwóch przeciwstawnych przestrzeni: smutku i radości, miłości i nienawiści, porażek i sukcesów itd. Doświadczając którejkolwiek z nich możemy im ulegać bądź zwyciężać, a to z kolei znaczy że bez względu na efekty naszych działań nie jesteśmy ani dobrzy ani źli - jesteśmy ludźmi. Mając tego świadomość możemy teraz śmiało powiedzieć, że mimo naprzemiennych wzlotów i upadków mamy takie samo prawo być szczęśliwi, jak również smutni, choć nie zawsze jest to racjonalne, niczego nie musimy, tak samo jak nie wszystko możemy, mamy prawo rozumieć i nie pojmować, mówić o tym głośno jak również to przemilczeć - mamy prawo być sobą, choć nie zawsze wiemy co się za tym pojęciem kryje. Co w związku z tą wolnością?
No właśnie wolność to przede wszystkim świadomość tego, że posiadamy te prawa, to także umiejętność zaakceptowania faktu, że inni także je posiadają.
- Proszę nam wybaczyć, ale właśnie wracamy ze szpitala, gdzie dzieci żegnały się z umierającą matką.
Kto miał rację? Kto miał prawo?
Każda część życia wynika z naszej ignorancji bądź konkretnego działania prowadząc do jednej z dwóch przeciwstawnych przestrzeni: smutku i radości, miłości i nienawiści, porażek i sukcesów itd. Doświadczając którejkolwiek z nich możemy im ulegać bądź zwyciężać, a to z kolei znaczy że bez względu na efekty naszych działań nie jesteśmy ani dobrzy ani źli - jesteśmy ludźmi. Mając tego świadomość możemy teraz śmiało powiedzieć, że mimo naprzemiennych wzlotów i upadków mamy takie samo prawo być szczęśliwi, jak również smutni, choć nie zawsze jest to racjonalne, niczego nie musimy, tak samo jak nie wszystko możemy, mamy prawo rozumieć i nie pojmować, mówić o tym głośno jak również to przemilczeć - mamy prawo być sobą, choć nie zawsze wiemy co się za tym pojęciem kryje. Co w związku z tą wolnością?
No właśnie wolność to przede wszystkim świadomość tego, że posiadamy te prawa, to także umiejętność zaakceptowania faktu, że inni także je posiadają.
wtorek, 31 stycznia 2012
Islandia - największa tajmenica medialna XXI wieku...
Zdaję sobie sprawę z tego, że treścią tego wpisu odbiegam od charakteru swojego bloga, jednak poniższa historia jest tak niesamowita, że aż trudno w nią uwierzyć, a na pewno WARTO SIĘ Z NIĄ PODZIELIĆ!!!
"Islandczycy sprawili, że rząd, który aprobował pod dyktando światowej finansjery zubożyć islandzki naród zgodnie ze scenariuszem aktualnie "przerabianym" przez Grecję podał się w komplecie do dymisji! Główne banki w Islandii zostały znacjonalizowane i mieszkańcy zdecydowali jednogłośnie zadeklarować niewypłacalność długu, który został zaciągnięty przez prywatne banki w Wielkiej Brytanii i Holandii. Doprowadzono też do powołania Zgromadzenia Narodowego w celu ponownego spisania konstytucji. I to wszystko w pokojowy sposób. To prawdziwa rewolucja przeciw władzy, która doprowadziła Islandię do aktualnego załamania.
Na pewno zastanawiacie się, dlaczego te wydarzenia nie zostały szeroko nagłośnione?
Odpowiedź na to pytanie prowadzi do kolejnego pytania: Co by się stało, gdyby reszta europejskich narodów wzięła przykład z Islandii? Oto krótka chronologia faktów:
Wrzesień 2008 roku: nacjonalizacja najważniejszego banku w Islandii,Glitnir Banku, w wyniku czego giełd zawiesza swoje działanie i zostaje ogłoszone bankructwo kraju.
Styczeń 2009 roku: protesty mieszkańców przed parlamentem powodują dymisję premiera Geira Haarde oraz całego socjaldemokratycznego rządu,a następnie przedterminowe wybory. Sytuacja ekonomiczna wciąż jest zła i parlament przedstawia ustawę, która ma prywatnym długiem prywatnych banków (wobec brytyjskich i holenderskich banków) wynoszącym 3,5 miliarda euro obarczyć islandzkie rodziny na 15 lat ze stopą procentową 5,5 procent. W odpowiedzi na to następuje drugi etap pokojowej rewolucji.
Początek 2010 roku: mieszkańcy zajmują ponownie place i ulice, żądając ogłoszenia referendum w powyższej sprawie.
Luty 2010 roku: prezydent Olafur Grimsson wetuje proponowaną przez parlament ustawę i ogłasza ogólnonarodowe referendum, w którym 93 procent głosujących opowiada się za niespłacaniem tego długu. W międzyczasie rząd zarządził sądowe dochodzenia mające ustalić winnych doprowadzenia do zaistniałego kryzysu. Zostają wydane pierwsze nakazy aresztowania bankowców, którzy przezornie odpowiednio wcześniej uciekli z Islandii.
W tym kryzysowym momencie zostaje powołane zgromadzenie mające spisać nową konstytucję uwzględniającą nauki z dopiero co "przerobionej lekcji". W tym celu zostaje wybranych 25 obywateli wolnych od przynależności partyjnej spośród 522, którzy stawili się na głosowanie (kryterium wyboru tej "25%u2033 - poza nieposiadaniem żadnej książeczki partyjnej - była pełnoletniość oraz przedstawienie 30 podpisów popierających ich osób). Ta nowa rada konstytucyjna rozpoczęła w lutym pracę, która ma się zakończyć przedstawieniem i poddaniem pod głosowanie w najbliższych wyborach przygotowanej przez nią "Magna Carty".
Czy ktoś słyszał o tym wszystkim w europejskich środkach przekazu? Czy widzieliśmy, choćby jedno zdjęcie z tych wydarzeń w którymkolwiek programie telewizyjnym?
Oczywiście - NIE! W ten oto sposób Islandczycy dali lekcję bezpośredniej demokracji oraz niezależności narodowej i monetarnej całej Europie pokojowo sprzeciwiając się Systemowi. Minimum tego, co możemy zrobić, to mieć świadomość tego, co się stało, i uczynić z tego "legendę" przekazywaną z ust do ust. Póki co wciąż mamy możliwość obejścia manipulacji medialno informacyjnej służącej interesom ekonomicznym banków i wielkich ponadnarodowych korporacji. Nie straćmy tej szansy i informujmy o tym innych, aby w przyszłości móc podjąć podobne działania, jeśli zajdzie taka potrzeba."
źródło: http://www.forumowisko.pl/topic/188076-islandia-najwieksza-tajemnica-medialna-xxi-wieku/
"Islandczycy sprawili, że rząd, który aprobował pod dyktando światowej finansjery zubożyć islandzki naród zgodnie ze scenariuszem aktualnie "przerabianym" przez Grecję podał się w komplecie do dymisji! Główne banki w Islandii zostały znacjonalizowane i mieszkańcy zdecydowali jednogłośnie zadeklarować niewypłacalność długu, który został zaciągnięty przez prywatne banki w Wielkiej Brytanii i Holandii. Doprowadzono też do powołania Zgromadzenia Narodowego w celu ponownego spisania konstytucji. I to wszystko w pokojowy sposób. To prawdziwa rewolucja przeciw władzy, która doprowadziła Islandię do aktualnego załamania.
Na pewno zastanawiacie się, dlaczego te wydarzenia nie zostały szeroko nagłośnione?
Odpowiedź na to pytanie prowadzi do kolejnego pytania: Co by się stało, gdyby reszta europejskich narodów wzięła przykład z Islandii? Oto krótka chronologia faktów:
Wrzesień 2008 roku: nacjonalizacja najważniejszego banku w Islandii,Glitnir Banku, w wyniku czego giełd zawiesza swoje działanie i zostaje ogłoszone bankructwo kraju.
Styczeń 2009 roku: protesty mieszkańców przed parlamentem powodują dymisję premiera Geira Haarde oraz całego socjaldemokratycznego rządu,a następnie przedterminowe wybory. Sytuacja ekonomiczna wciąż jest zła i parlament przedstawia ustawę, która ma prywatnym długiem prywatnych banków (wobec brytyjskich i holenderskich banków) wynoszącym 3,5 miliarda euro obarczyć islandzkie rodziny na 15 lat ze stopą procentową 5,5 procent. W odpowiedzi na to następuje drugi etap pokojowej rewolucji.
Początek 2010 roku: mieszkańcy zajmują ponownie place i ulice, żądając ogłoszenia referendum w powyższej sprawie.
Luty 2010 roku: prezydent Olafur Grimsson wetuje proponowaną przez parlament ustawę i ogłasza ogólnonarodowe referendum, w którym 93 procent głosujących opowiada się za niespłacaniem tego długu. W międzyczasie rząd zarządził sądowe dochodzenia mające ustalić winnych doprowadzenia do zaistniałego kryzysu. Zostają wydane pierwsze nakazy aresztowania bankowców, którzy przezornie odpowiednio wcześniej uciekli z Islandii.
W tym kryzysowym momencie zostaje powołane zgromadzenie mające spisać nową konstytucję uwzględniającą nauki z dopiero co "przerobionej lekcji". W tym celu zostaje wybranych 25 obywateli wolnych od przynależności partyjnej spośród 522, którzy stawili się na głosowanie (kryterium wyboru tej "25%u2033 - poza nieposiadaniem żadnej książeczki partyjnej - była pełnoletniość oraz przedstawienie 30 podpisów popierających ich osób). Ta nowa rada konstytucyjna rozpoczęła w lutym pracę, która ma się zakończyć przedstawieniem i poddaniem pod głosowanie w najbliższych wyborach przygotowanej przez nią "Magna Carty".
Czy ktoś słyszał o tym wszystkim w europejskich środkach przekazu? Czy widzieliśmy, choćby jedno zdjęcie z tych wydarzeń w którymkolwiek programie telewizyjnym?
Oczywiście - NIE! W ten oto sposób Islandczycy dali lekcję bezpośredniej demokracji oraz niezależności narodowej i monetarnej całej Europie pokojowo sprzeciwiając się Systemowi. Minimum tego, co możemy zrobić, to mieć świadomość tego, co się stało, i uczynić z tego "legendę" przekazywaną z ust do ust. Póki co wciąż mamy możliwość obejścia manipulacji medialno informacyjnej służącej interesom ekonomicznym banków i wielkich ponadnarodowych korporacji. Nie straćmy tej szansy i informujmy o tym innych, aby w przyszłości móc podjąć podobne działania, jeśli zajdzie taka potrzeba."
źródło: http://www.forumowisko.pl/topic/188076-islandia-najwieksza-tajemnica-medialna-xxi-wieku/
czwartek, 22 grudnia 2011
Złoty pył
Był taki jeden człowiek bez nogi. Chodził po śmietnikach i wyciągał z nich najróżniejsze skarby. Dzieci z zaciekawieniem przyglądały się temu co robił z tym co znalazł, bo zawsze wyrzucone rzeczy okazywały się czymś niezwykłym. Z kawałka liny i opony zrobił huśtawkę, innym razem z zepsutego koła do roweru zrobił koło fortuny, a jeszcze innym razem z kilku kamyków i drewnianego kubeczka zrobił całkiem ciekawy instrument. Mężczyzna był naprawdę niezwykły: pomysłowy, ciepły, mimo swojego dziwnego "hobby" nie pamiętam by był jakoś wyjątkowo zaniedbany, choć na pewno nie wyglądał na elegancika. Wiadomo że był inżynierem, miał dwóch dorosłych synów i że lubiliśmy z nim spędzać czas, tylko tyle pamiętam. Zawsze kiedy się pojawiał towarzyszyła mu świąteczna aura. Nie pamiętam kiedy widziałam go po raz ostatni, nie pamiętam nawet jego imienia, ale z jakiegoś powodu przypomniałam sobie o nim właśnie teraz, gdy wraz z czymś de facto błahym co jednak straciłam na zawsze, nie potrafię się od jakiegoś czasu szczerze uśmiechnąć. Myśląc o nim w odniesieniu do własnych odczuć związanych z tą stratą moje rozżalenie miesza się ze wspomnieniem jego uśmiechu na twarzy. Jak on to robił? Prowadził życie włóczęgi, które teoretycznie każdy mógłby prowadzić, ale nie znam nikogo, kto potrafiłby się tym życiem tak szczerze cieszyć jak on. Był taki kojący, otwarty na ludzi, uwielbiał nas, dzieciaki i zawsze gdy się pojawiał miał dla nas tyle czasu ile go potrzebowaliśmy, a potem spokojnie szedł przed siebie, by za jakiś czas znowu zawitać na nasze podwórko. Posiadał mądrość życia, taki złoty pył, który można zdobyć tylko wówczas, gdy idzie się przez życie spokojnie, z wyciągniętymi przed siebie rękami, tak by mógł na nie spokojnie opadać. Dlatego kiedy się spieszymy, rzucamy w rozżaleniu i agresji, i upadamy złoty pył ulatnia się, a nasze ręce stają się niemalże puste. Możemy się nim dusić, odnosić wrażenie, że to już koniec, że wraz z pyłem ulotniła się większa część tego co dawało nam sens życia. Zmęczeni tym miotaniem przyjdzie czas by spojrzeć na nasze ręce, na których będą się mienić pozostałości złotego pyłu. Znowu nie ma w nich praktycznie nic... ale niech te kilka drobinek pomoże nam uświadomić, że podnosząc się, możemy jeszcze wyciągnąć swoje ręce przed siebie i idąc na przód, mamy szansę ponownie wypełnić nasze życie czymś niezwykle wartościowym.
środa, 2 listopada 2011
Razu pewnego Artysta spotkał Polityka...
... Po krótkiej rozprawie o niczym mężczyźni doszli do wniosku, że w ogóle się nie rozumieją. Zmęczeni jałową rozmową postanowili ją zakończyć i rozejść się. Na odchodne Polityk zadał Artyście nurtujące go pytanie:
"Oboje jesteśmy tylko ludźmi, mimo szczerych starań każdy z nas popełnia błędy w swoich działaniach, ale czy nie uważasz, że ludzie koncentrują się głównie na twoich sukcesach, kiedy mnie bez przerwy wytykają błędy?"
Artysta uśmiechnął się do Polityka.
"Wiesz na czym polega różnica? Ja coś robię, więc kiedy uda mi się zainteresować ludzi efektami mojej pracy pytają: Kto to zrobił? Ty z kolei obiecujesz, że coś zrobisz, więc kiedy nie uda Ci się dotrzymać słowa ludzie pytają: Gdzie to jest?"
"Nie wydaje ci się, że ludzie powinni wziąć pod uwagę fakt, że czasami rodzą się nowe okoliczności, w obliczu których pewnych obietnic nie da się już spełnić?"
"Hmm" Pomyślał Artysta.
"A czy zapłaciłbyś mi za obraz, którego z powodu nowych okoliczności nie potrafiłbym namalować?".
"Oboje jesteśmy tylko ludźmi, mimo szczerych starań każdy z nas popełnia błędy w swoich działaniach, ale czy nie uważasz, że ludzie koncentrują się głównie na twoich sukcesach, kiedy mnie bez przerwy wytykają błędy?"
Artysta uśmiechnął się do Polityka.
"Wiesz na czym polega różnica? Ja coś robię, więc kiedy uda mi się zainteresować ludzi efektami mojej pracy pytają: Kto to zrobił? Ty z kolei obiecujesz, że coś zrobisz, więc kiedy nie uda Ci się dotrzymać słowa ludzie pytają: Gdzie to jest?"
"Nie wydaje ci się, że ludzie powinni wziąć pod uwagę fakt, że czasami rodzą się nowe okoliczności, w obliczu których pewnych obietnic nie da się już spełnić?"
"Hmm" Pomyślał Artysta.
"A czy zapłaciłbyś mi za obraz, którego z powodu nowych okoliczności nie potrafiłbym namalować?".
poniedziałek, 10 października 2011
Ona
Kiedyś, w szkole podstawowej, śpiewałam na Dzień Matki piosenkę Violetty Villas - List do Matki. Jej słowa są tak piękne, choć wówczas odbierałam je tylko oczami wyobraźni. Należałam w końcu do tych szczęściar, które mają cudowną matkę przy sobie. Ponieważ piosenka jest niezwykle piękna i należy do jednej z ulubionych piosenek mojej mamy, a jej interpretacja w moim wydaniu przypadła wielu osobom do gustu, tym chętniej ją śpiewałam. Dałam więc mamie zaproszenie na koncert i aż do ostatniej chwili czekałam z niecierpliwością na moment, w którym zobaczę dumę i szczęście na jej twarzy podczas, gdy ja będę śpiewała specjalnie dla niej. Sala w szkole, na której odbywał się koncert była naprawdę niewielka, toteż zbędne było dodatkowe oświetlenie. Z miejsca, z którego śpiewałam widziałam całą widownię - wszystkie mamy... oprócz mojej. Czy to było zdziwienie? Może i tak, w końcu mama zapewniała mnie, że będzie, jednak owo zdziwienie nie trwało długo, bo zostało zastąpione czymś znacznie silniejszym - beznadziejnie wielkim żalem. Przy słowach "Mamo, nie myśl, że się skarżę, żal mi tylko marzeń..." Coś mnie ścisnęło po raz pierwszy za gardło, dźwięk był czysty, ale wyraźnie przytłumiony. Jednak kiedy śpiewałam "Widzę znów nasz dom, ciebie mamo w nim.." z jakiegoś powodu ten smutek jaki w sobie miałam, tchnął w moje płuca taką siłę, że śpiewany refren zdawał się być wylanym przeze mnie rozgoryczeniem. Patrzyłam cały czas na miejsca siedzące mając nadzieję, że ją po prostu przeoczyłam, potem na drzwi, aż w końcu zrezygnowana kończyłam ze łzami w oczach "Mamo w sercu Cię kołyszę, list do Ciebie piszę, ciemny jak ta noc...".
Nie martwcie się: moja mama była cała i zdrowa, ani nie zapomniała o występie, a jedynie występ mojej siostry z okazji Dnia Matki przedłużył się i nie miała serca wychodzić stamtąd, mając nadzieję, że mimo spóźnienia zdąży zobaczyć tą "niespodziankę", którą dla niej miałam.
Wróćmy jednak do koncertu. Kiedy piosenka się skończyła, spojrzałam raz jeszcze na widownię, a jej - mojej mamy -naprawdę tam nie było... siedziały tam natomiast inne matki, które... płakały. Po koncercie kilka matek podeszło do mnie z podziękowaniami, a jedna z nich powiedziała mi: "Śpiewałaś to tak, że miałam wrażenie, że to moja własna tęsknota za mamą i tymi beztroskimi latami". Okazało się, że owa mama tak jak moja własna, nie była rodzoną Ślązaczką, ale tak jak większość matek moich kolegów i koleżanek przyjechała z mężem na Śląsk "za chlebem", żeby jej dzieciom żyło się lepiej. Naturalnie wówczas nie rozumiałam tej dziwnej tęsknoty, dopóki sama nie wyjechałam na kilka lat za granicę. To było tylko kilka lat, ale jak sobie pomyślę o momentach, w których rozdarta poważnie zastanawiałam się nad tym czy zostać czy wrócić, szarpiąc się między sercem a rozumem... no właśnie. Wtedy zrozumiałam jak wielka jest TA miłość i czym tak naprawdę jest patriotyzm, który ona tworzy: to uwielbienie do kilkudziesięciu metrów kwadratowych mieszkania, w którym gościsz przyjaciół mających z tobą tyle wspólnych wspomnień, niedzielne obiady z rodziną, miejsca złożone z tylu momentów i twarzy w nie wplecionych i te cudowne chwile, w których zdarzy Ci się poczuć raz jeszcze jak dziecko, bo bliska Ci osoba przytuli Cię tak samo czule jak robiła to lata temu. Chociaż to tylko słodko-gorzkie wydanie życia w wersji polskiej, to przecież właśnie tutaj bije serce mojej ojczyzny - serca moich bliskich i tak naprawdę tylko o to jest warto walczyć, choćby nawet z tymi, którzy po wygranych wyborach roszczą sobie prawo do twierdzenia, że jest inaczej, niejednokrotnie starając się przywłaszczyć sobie ten fundament człowieczeństwa.
Nie martwcie się: moja mama była cała i zdrowa, ani nie zapomniała o występie, a jedynie występ mojej siostry z okazji Dnia Matki przedłużył się i nie miała serca wychodzić stamtąd, mając nadzieję, że mimo spóźnienia zdąży zobaczyć tą "niespodziankę", którą dla niej miałam.
Wróćmy jednak do koncertu. Kiedy piosenka się skończyła, spojrzałam raz jeszcze na widownię, a jej - mojej mamy -naprawdę tam nie było... siedziały tam natomiast inne matki, które... płakały. Po koncercie kilka matek podeszło do mnie z podziękowaniami, a jedna z nich powiedziała mi: "Śpiewałaś to tak, że miałam wrażenie, że to moja własna tęsknota za mamą i tymi beztroskimi latami". Okazało się, że owa mama tak jak moja własna, nie była rodzoną Ślązaczką, ale tak jak większość matek moich kolegów i koleżanek przyjechała z mężem na Śląsk "za chlebem", żeby jej dzieciom żyło się lepiej. Naturalnie wówczas nie rozumiałam tej dziwnej tęsknoty, dopóki sama nie wyjechałam na kilka lat za granicę. To było tylko kilka lat, ale jak sobie pomyślę o momentach, w których rozdarta poważnie zastanawiałam się nad tym czy zostać czy wrócić, szarpiąc się między sercem a rozumem... no właśnie. Wtedy zrozumiałam jak wielka jest TA miłość i czym tak naprawdę jest patriotyzm, który ona tworzy: to uwielbienie do kilkudziesięciu metrów kwadratowych mieszkania, w którym gościsz przyjaciół mających z tobą tyle wspólnych wspomnień, niedzielne obiady z rodziną, miejsca złożone z tylu momentów i twarzy w nie wplecionych i te cudowne chwile, w których zdarzy Ci się poczuć raz jeszcze jak dziecko, bo bliska Ci osoba przytuli Cię tak samo czule jak robiła to lata temu. Chociaż to tylko słodko-gorzkie wydanie życia w wersji polskiej, to przecież właśnie tutaj bije serce mojej ojczyzny - serca moich bliskich i tak naprawdę tylko o to jest warto walczyć, choćby nawet z tymi, którzy po wygranych wyborach roszczą sobie prawo do twierdzenia, że jest inaczej, niejednokrotnie starając się przywłaszczyć sobie ten fundament człowieczeństwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





